Strony

Translate

niedziela, 5 czerwca 2016

O potrzebie patriotyzmu.


Dziwne, ale słowa kardynała Wyszyńskiego okazały się prorocze. Zapominając o nich przez ostatnie kilkanaście lat doprowadziliśmy do tego, że Polakom zaczyna być wszędzie źle, a w Polsce najgorzej! Mamy kilkaset tysięcy ludzi bezdomnych i kilka milionów dzieci i dorosłych żyjących na granicy minimum socjalnego.

W tym czasie rzekomo nasze media, hektolitrami wylewały w eter niedwuznaczne sugestie, że jesteśmy jakoby od innych gorsi, dlatego też powinniśmy robić to, co oni nam powiedzą, bo inaczej zginiemy, pozbawieni tej czy innej pomocy.
Oczywiście, nie mogę się z tym zgodzić, i co więcej, twierdzę, że: NIE JESTEŚMY POD JAKIMKOWIEK WZGLĘDEM GORSI!!! I nie powinniśmy pozwolić, aby nam wmawiano takie dyrdymały.
Z pewnością nie czynią tego Polacy, lecz ludzie pozostający na usługach obcych, którzy chcą nami zawładnąć dla własnych korzyści. Potężne grupy, które od dawna żyją z wykorzystywania innych, chętnie widziałyby nasz Naród jako niezorganizowaną, skłóconą i niezdolną do intelektualnej refleksji hordę, którą można bezkarnie ogłupiać i doić.
Zbiorowości te, dotychczas ukrywające się, teraz zupełnie potraciły instynkt samozachowawczy, i coraz bezczelniej pozwalają sobie na niczym nie uzasadnione, frontalne ataki. Cwaniacy owi, nie wierzą, że jednak istnieje Stwórca tego świata, gdyż w przeciwnym wypadku nigdy nie pozwalaliby sobie na działania do tego stopnia amoralne i haniebne. Dlatego też przez Niego zostaną pogromieni, co prawda ludzką ręką, gdyż Bogu spodobało się nie działać bezpośrednio, ale poprzez swoje stworzenie, które wykona Jego wolę.
Niestety, po kilkunastu latach autopsji, muszę zmienić zdanie. Wcześniej byłem zwolennikiem szybkiego powstania społeczności ogólnoświatowej. Przekonałem się jednak, że wśród współczesnych narodów dominuje podejście egoistyczne. Dlatego na razie niezbędne są państwa, potrzebne są rządy państwowe, potrzebny jest patriotyzm, własny dom, oraz konieczność stawania w jego obronie w czasie zagrożenia.
Wrogie kliki mające w planach na przyszłość wykorzystywanie nie swoich narodów, będą bez wątpienia nadal wyśmiewały konieczność posiadania przez nas armii zdolnej do działań bojowych, konieczność posiadania wydolnej intelektualnie i moralnie policji oraz służb specjalnych. Będą nadal stosowały niegodziwe sposoby walki. Mam nadzieję, że wystarczy, jak wspomnę tylko o dwóch:
1.Wspomaganie w awansie na wysokie stanowiska ludzi niedołężnych pod względem cech umysłowych i etycznych. Napoleon przecież nie bez powodu mawiał: „Armia baranów, której przewodzi lew, jest silniejsza od armii lwów prowadzonej przez barana”.
2.Ustawianie nas w roli nieprzyjaciela potęg zewnętrznych niekoniecznie nam wrogich, aby nas ośmieszyć. Podobnie jak w kawale:
Niedźwiedź złapał zajączka a zajączek zdenerwowany mówi:
- jak mnie zaraz nie puścisz i nie przeprosisz to.....
- To co? - pyta niedźwiedź.
- To..trudno

Dobrze byłoby, gdybyśmy w końcu zrozumieli, że ci, którzy nachalnie przekonują, że patriotyzm to wartość ogólnie wszeteczna i negatywna; najpewniej są na usługach obcych, albo też w dalszym ciągu zamierzają bezkarnie kraść i oszukiwać.
Jeżeli uważamy się za ludzi chociaż w dostatecznym stopniu odważnych, zachowujących prawa i przykazania; to zwyczajnie nie powinniśmy im na to bezkarnie pozwalać, lecz wyrażać dobitnie zdanie własne.

wtorek, 31 maja 2016

Kłamstwa o Tyberiuszu Cezarze



Zachęcony solidnym wyglądem książki na bibliotecznej półce nieopatrzne sięgnąłem po „Cezara Tyberiusza” Jacka Bocheńskiego. Piszę nieopatrznie, gdyż czytając straciłem bezpowrotnie czas oraz spokój na dobre pół dnia.
Jakże tak można pisać? Jak można dawać wiarę tylko półidiocie Swetoniuszowi?
Przecież Tyberiusz był w końcu cezarem, wielkim wodzem, dobroczyńcą zwykłych Rzymian; a nie – jak sugeruje Bocheński – tylko zdegenerowanym zboczeńcem.
Wystarczy sięgnąć po chociażby „Cesarstwo Rzymskie” T. Zielińskiego:
„Tylko w jednej dziedzinie nieszczęsny obłąkaniec odzyskiwał swą dawną dzielność: w dziedzinie administracji państwowej; tu wrodzony instynkt obowiązku dawał o sobie znać z niepożytą siłą. Szereg zbawiennych ustaw odnosi się właśnie do tego ostatniego okresu. Kiedy w roku 33 wybuchł w Rzymie kryzys finansowy, Tyberiusz zakłada bank kredytowy, którego skutkiem była naprawa kredytu i powrót zaufania. Kiedy pożar zniszczył Awentyn, cesarz nie pożałował grosza i skutecznie dopomógł pogorzelcom. Bacznie śledził sprawy prowincjonalne i starał się o dobrych i sumiennych namiestników. W ogóle zostawił swemu następcy dobrze zaopatrzony skarb i dobrze rządzone i chronione państwo. Ale to były czyny powszednie, nie głośne; głośne były okrutne procesy o obrazę majestatu, dziesiątkowanie senatu — i powódź plotek o niesłychanych scenach nieludzkiego okrucieństwa i wyrafinowanej rozpusty, których teatrem miała być rajska wyspa Zatoki Neapolitańskiej”.
Niestety, wydaje mi się, że ta „powódź plotek” na temat Tyberiusza była w przeszłości specjalnie rozsiewana. Ciekawe dlaczego?
Nadzieja, że Autor szacowny, chociażby ze względu na wiek, rozumie, że „Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa…” dotyczy w równej mierze żyjących, jak i zmarłych, nawet przed tysiącleciami, nie powinna być płonna.


sobota, 28 maja 2016

Komu przeszkadza 500+?










Wprawdzie staram się nie oglądać TV często, ale i te okazjonalne spojrzenia w ekran domowego pożeracza czasu są dla mnie źródłem raczej smutnych refleksji.
Otóż najróżniejszej maści pasożyty, którym w ostatnich latach udało się zawładnąć górnymi szczeblami naszej drabiny społecznej zupełnie potraciły głowy i zachowują się jak bezmózgie chorobotwórcze bakterie, którym wszystko jedno, że zaatakowany przez nie organizm już wkrótce może wydać ostatnie tchnienie.
W końcu zrozumieli to wyborcy i dali tego wyraz przy urnach.
Przecież żadne państwo na świecie nie jest w stanie wytrzymać takiego tempa zadłużania się, które głównie jest pożerane przez przekładających z półki na półkę nikomu niepotrzebne dokumenty, albo przez zwykłych kryminalnych przestępców, nad którymi nie panuje uwikłany politycznie aparat bezpieczeństwa.
Tak dalej być nie może! My – Polacy musimy sami uporać się z tym problemem. Żadne potęgi zewnętrzne nam w tym nie pomogą. Co najwyżej skorzystają w różny sposób na upadku naszej Ojczyzny.
Elity polityczne, zajęte głównie sobą, zapomniały o milionach zwykłych obywateli. Zwykłych dlatego, że (podobnie jak ja) nie mają ambicji politycznych, i chcieliby w sposób uczciwy zarabiać na utrzymanie swoich rodzin.
Niestety godziwej pracy brakuje dla setek tysięcy polskich rodzin. Ludzie, aby nie cierpieć poniżającego niedostatku, godzą się na niemal niewolniczą pracą na europejskich polach.
Cóż innego mogą zrobić? Nasi urzędnicy o nich nie pamiętają, nie pamiętają też o nich urzędnicy unijni, chociaż tak wiele robią na rzecz tak zwanych uchodźców. Którzy muszą mieć zapewnione warunki ekonomiczne, o jakich nie może nawet śnić przeciętny Polak, którzy muszą mieć zapewnione dogodne warunki do kultywowania swoich wierzeń, podczas gdy nasze wierzenia są w sposób niewyobrażalnie bezczelny ośmieszane i zwalczane.
Chciałbym nieco głębiej zająć się problemem związanym z  falami polskich robotników, które rzekomo dobrowolnie płyną na europejskie pola. Ludzie ci na najbliższe 60 dni stają się prawdziwymi niewolnikami. Pracują okrągły tydzień, również w soboty i niedziele, nawet w Wielkanoc. Nikt nie dba o ich prawo do godnego przeżywania niedzieli i prawo do wypoczynku. Robotnicy sami nie protestują, bo chcą zarobić pieniądze, aby mieć za co wykarmić dzieci czy spłacić najpilniejsze raty. Może w końcu Ktoś z podejmujących ważkie decyzje upomni się o ich prawa. Wysyłamy misjonarzy do Afryki, i bardzo dobrze. Wydaje mi się, że byliby oni równie potrzebni na holenderskich czy niemieckich polach. Niestety, wielu robotników wraca do domu w stanie skrajnego zmęczenia i podtrucia nawozami chemicznymi. Kończy się to często śmiercią spowodowana zawałem serca czy nowotworem. Jeszcze częstsze są choroby przewlekłe, których leczenie jest droższe niż uzyskane zarobki. Z pewnością byłoby mniej takich nieszczęść, gdyby ci ludzie mieli możliwość celebrowania niedzielnego święta i odpoczynku.
Niestety, wielu naszych chrześcijan różnych stanów wyspecjalizowało się w teoretycznym wyznawaniu Jezusa, zapominając niemal zupełnie o uczynkach. A przecież On nakazał swoim uczniom rozmnażając chleb: "Wy dajcie im jeść..." Na szczęście pojawiają się światełka w tunelu; oby tylko nie okazały się pojedynczymi efemerydami. Jednym z nich jest z pewnością program rządowy Rodzina 500 Plus.


niedziela, 14 czerwca 2015

Potęga uśmiechu

* * *

kim jesteś skoro
twój uśmiech
nie rozkwita
na widok uśmiechu

dlaczego niczym skowronek
nie ciągniesz pieśni
które horyzont opróżniają
z ułudy chmur

rozchmurz się
kroplo rosy
również dzięki tobie
może nie zwiędnąć
rododendron nadziei

piątek, 12 czerwca 2015

Najpiękniejszy zamek w Polsce - Krasiczyn.


Zamek w Krasiczynie jest moim zdaniem najpiękniejszym zamkiem w Polsce. Szkoda, że nie ma godnego siebie odzwierciedlenia w literaturze i filmie. W przeszłości niejedno interesujące wydarzenie musiało tu zaistnieć. Wyjątkowa uroda zamku i ogrodu z pewnością sprzyjała nietuzinkowym romansom ich mieszkańców.
Czyż nie jest to wdzięczniejszy temat niż nudne kryminały i wstrętnawe horrory?


piątek, 5 czerwca 2015

Bywało i tak

Kolejne opowiadanie z tomiku "Czas zabijania kwiatów".

SPOWIEDŹ

Głęboką nocą w chacie Michała Kimko zaczął ujadać pies. Chwilę później nędzną izbę rozświetlił płomyk lampy naftowej. Krąg światła wydobył z ciemności blat prostego stołu zbitego z sosnowych desek oraz pochyloną nad nim twarz niestarego jeszcze mężczyzny. Siedział na zydlu i cicho posapując wkładał naboje do magazynka pistoletu leżącego na stole. Poza stołem, trzema zydlami, ławą pod ścianą, rozbebeszonym łóżkiem w jednym kącie i kamiennym piecem w drugim nic więcej w izbie nie było.
Od czasu śmierci rodziców Kimko mieszkał tutaj sam. Rodzeństwo pofrunęło w szeroki świat i nie chciało go znać, bo tak naprawdę trudnił się złodziejstwem, a zagon odziedziczonej żyznej ziemi służył tylko za przykrywkę jego ciemnych sprawek. Siał na nim odrobinę zboża, sadził kartofli jak na lekarstwo, ale wyłącznie w tym celu, żeby móc później twierdzić, że ukradzione nocą snopy zboża i wykopane na ludzkich polach kartofle pochodzą z jego własnej uprawy.
Wraz z upływem lat Kimko doskonalił się w złodziejskim rzemiośle. Sukcesy i bezkarność tak zawróciły mu w głowie, że nie poprzestawał już na łupach zagarniętych w chłopskich zagrodach. Zaczął rabować okoliczne dwory. Jednak przeliczył się z możliwościami. Dobra pańskie bywały nieźle pilnowane. Jednej nocy Kimko przywlókł się do domu cały zakrwawiony, z nogą posiekaną grubym śrutem ze strzelby. Opuściła go wtedy lafirynda, którą przywiózł z miasta; na lepszą kobietę nie było go stać.
Jednak Michał Kimko wylizał się z postrzału niczym żywotne zwierzę. I chociaż kulał na lewą nogę, to łupieskiego procederu nie zaniechał. Stał się tylko bardziej przemyślny i jeszcze bardziej zacięty. Okoliczni wieśniacy dobrze wiedzieli, komu „zawdzięczają” ubytki na polach, w piwnicach, czy w spichlerzach. Ale trudno było go złapać na gorącym uczynku, a sprzątnąć go nikt nie miał odwagi. O nim samym mówiono, że zaciukał kilku ludzi.
Pies widząc, że szczekanie nie przynosi efektu, jął drapać w drzwi pazurami.
- A żeby cię choroba wzięła! – zaklął Kimko.
Wsunął pełny magazynek do pistoletu, zabezpieczył go i położył na stole. Wstał, naciągnął spodnie na nogi chude jak szczapy, ubrał dziurawy sweter i boso pokuśtykał do pieca. Otworzywszy żeliwne drzwiczki wyjął garnek z ciepłym mlekiem i uniósł go do ust. Pił łapczywie, resztę wylał do glinianej miski, dorzucił kilka pieczonych ziemniaków i wystawił psu. Karmił go tylko raz na dobę. Właśnie w nocy. Tak wytresowany pies budził go niezawodnie.
Kilka minut później Kimko żwawo szedł ścieżką mimo prawie zupełnych ciemności. Okuta żelazem laska skutecznie wspomagała kaleką nogę, a w razie potrzeby służyła teżjako broń… To zdumiewające, ale Kimko się modlił. Pomimo złodziejskiego życia, bał się śmierci. Od czasu postrzelenia go przez dworskiego stróża, zawsze idąc na nocną robotę prosił Boga o to, aby mu się nic nie stało i żeby bezkarnie mógł napełnić swój złodziejski wór.
Dzisiaj umyślił pokręcić się koło stojących na skraju wsi gospodarstw Antoniego i Romana Segelianów. Byli to gospodarze pracowici, ale naiwni okrutnie. W swoich zagrodach niczego nie zamykali i zazwyczaj nawet nie wiedzieli, że im w nocy czegoś ubyło.
Niebawem Kimko stanął u wrót obejścia Antoniego Segeliana; bezszelestnie wślizgnął się na podwórzec przez dziurę w płocie. Pies pilnujący domu rzucił się ku niemu groźnie warcząc.
- Burek, Burek – zawołał cicho Kimko – chodź, coś ci dam.
Kawałek starej kiełbasy na dobre załatwił sprawę. Pies pomachał ogonem i nie zwracał już uwagi na nocnego gościa. Ten zaś, oparty o żuraw studni, odpoczywał i czekał. Przed robotą zawsze czekał chcąc się upewnić, że nikt nie zauważył jego wtargnięcia.
Wieś pogrążona była w nocnym letargu. Psy, jeśli poszczekiwały, to od niechcenia. Naród zmordowany całodzienną mitręgą leżał kamieniem. Co prawda to i czas był teraz taki, że jawa niejednokrotnie bardziej przerażała niż najkoszmarniejszy sen. Lepiej byłoby go przespać niczym niedźwiedź zimę.
Nagle skóra ścierpła na grzbiecie Michała Kimko. Otóż poczuł słabą woń dymu tytoniowego. Już miał uciekać w obawie przed kimś, kto się zaczaił korzystając z prawie zupełnych ciemności, lecz wydało mu się, że zapach dymu nie dochodzi od strony domu, lecz jakby ze stodoły albo ze stajni. Ale kto i dlaczego miałby teraz kurzyć papierosa w stajni?

* * *

Proboszcz Mateusz Kurzawa czekał w konfesjonale, chociaż do wieczornego nabożeństwa zostało najwyżej dziesięć minut. Może jeszcze któryś z gospodarzy późno wracających z pola zechce oczyścić się z grzechów przed Bogiem. Wprawdzie każdy dzień człowieka może być jego dniem ostatnim, lecz w czasie wojny prawdopodobieństwo śmierci jest stokroć zwielokrotnione. Trzeci już rok faszyści pastwią się nad tym spokojnym i pracowitym narodem, choć niby osiągnęli niewiele. Wprawdzie pobili armię, zagarnęli terytorium, ale serce narodu pozostało i na zawsze pozostanie polskim.
Przez różnobarwne szybki witraża do wnętrza drewnianego, wiejskiego kościółka zaglądało długim spojrzeniem jesienne, zachodzące słońce. W jego blasku złocona monstrancja świeciła pięknym, rubinowym światłem. Zgromadzony lud cicho szeptał modlitwy, a wiatr na zewnątrz wtórował mu buszując w koronach wiekowych topól i dębów, niestrudzenie przykrywając ziemię szeleszczącym dywanem żółto-brązowych liści.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz i nachyli się w stronę męskiej twarzy widniejącej za kratkami konfesjonału.
- Do spowiedzi ja już był dawno, pewnie ze dwa roki temu. Zadaną pokutę pewnie odprawił, dobrze nie pamiętam. Trochę grzechów ja wyrządził Panu Bogu, a ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę i kapłańskie rozgrzeszenie.
Proboszcz zaintrygowany słuchał wymawianych syczącym szeptem słów mężczyzny, który nie za bardzo umiał się spowiadać.
- Wyznaj swoje grzechy mój synu - powiedział.
Mężczyzna jednak milczał, od czasu do czasu tylko pochrząkiwał, jakby miał zamiar kaszlać.
- Musisz wyznać grzechy Bogu – ponaglił ksiądz.
- Nie wiem, od czego zacząć...
- Najlepiej od najpoważniejszego grzechu.
- Ano...
- Ano co?
- Ano wydał ja Żydów, hu.
Ksiądz zaniemówił na dłuższą chwilę. Od początku wojny nikt mu jeszcze nie spowiadał się z takiego grzechu. A może to jakaś prowokacja?
- Kiedyś dokonał tak haniebnego czynu?
- Dzisiaj.
- Jak to dzisiaj? Nie widziałem przecież żołdaków we wsi.
- Czeszą las za partyzantami, a po nich przyjdą, jak tylko wrócą.
- To jeszcze ich nie zabili?
- Jeszcze nie.
- Dlaczego postąpiłeś tak nikczemnie?
- Chciałem się dostać na folksdojcza, ale ścierwa przyjmują tylko zdrowych.
- U kogo są ci Żydzi?
Penitent milczał. Proboszcz Kurzawa z natężeniem wpatrywał się w gęste kratki konfesjonału maskujące jego twarz.
- Mów, skoro żeś zaczął.
- U Segeliana.
- U Segeliana? Romana czy Antoniego?
- U Antoniego.
- Skąd o tym wiedziałeś?
- Ja chciał w nocy ukraść coś do jedzenia. Oni palili papierosy w jamie wykopanej pod końską stajnią.
- Ty jesteś Kimko... Kimko Michał? – pytał ksiądz, żeby się upewnić, bo właśnie rozpoznał nieznajomego.
- To ja.
- Czego chcesz ode mnie?
- Rozgrzeszenia.
- Możesz jeszcze zapobiec nieszczęściu, które chciałeś sprowadzić na swoich bliźnich. Idź i ostrzeż ich! Inaczej krew niewinna spadnie na twoją głowę.
- Oni nie są moimi bliźnimi, a Segelian to mój wróg i krzywdziciel.
- Każdy człowiek jest naszym bliźnim, a z pewnością jest nim ten, który nie uczynił nam nic złego.
- Jak to?
- Segelianów znam nie od dzisiaj, to dobrzy ludzie. Trudno uwierzyć, żeby oni tobie zrobili jakąś krzywdę, a jeśli nawet, to Pan nakazuje: “Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” masz przebaczać, jeżeli twój brat wykroczy przeciwko tobie”. Idź i ostrzeż ich o niebezpieczeństwie. Niech uciekają natychmiast.
- Ja nie mogę, boję się. Oni mieli posłać tam kogoś na przeszpiegi. Niech mi ksiądz odpuści grzechy.
- Grzechy nie mogą zostać odpuszczone, kiedy krzywda bliźniego niewynagrodzona. Ty jeszcze możesz przekreślić zamysły szatana, a nie chcesz. Sam boisz się śmierci, a sprowadzasz ją na niewinne dzieci Segeliana. Odejdź człowieku, który w rozlewie krwi masz upodobanie.
- Jak nie dostanę rozgrzeszenia, to ksiądz jeszcze pożałuje.
- Pan nie przebacza trwającemu w uporze swego serca, sprowadzającemu zgubę ziemi i ludziom. Będzie wytępiony jak trujący chwast...
Michał Kimko obawiając się żeby zgromadzeni ludzie nie zauważyli, że nie otrzymał rozgrzeszenia, sam głośno zapukał trzy razy w drewno konfesjonału. Po czym wstał, wykorzystując zaskoczenie księdza, ucałował pobożnie stułę i kulejąc wyszedł ze świątyni.

* * *

Pod końską stajnią Segeliana nie było wcale zwykłej jamy, ale pomysłowo wydłubany w ziemi i umocniony okrąglakami bunkier. Ukrywał się w nim Józef Akerman wraz ze swoją nieletnią córką Helą. Udało im się zbiec z transportu do obozu natychmiastowej zagłady w Bełżcu. Przed wojną Józef posiadał dużą gospodę w Rzeszowie. Segelianowie często sprzedawali mu zboże i młode cielęta. Znali go dobrze i cenili za to, że płacił im uczciwie. Gdy nocą Akerman zastukał do okna Antoniego Segeliana, ten nie odmówił mu pomocy w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Gdyby nie fatalne zamiłowanie Akermana do papierosów, to zapewne dotrwałby wraz z córką w bunkrze do końca wojny. Niestety, zbieg okoliczności zadecydował inaczej. Chociaż nie palił w dzień, obawiając się by nie zdradził go dym wydobywający się przez szybik wentylacyjny, ale ograniczał się do dwóch, a co najwyżej trzech papierosów wpalanych z największą ostrożnością, kiedy wszyscy już spali, to nie ochronił się przed zdekonspirowaniem.
Skąd jednak miałby przypuszczać, że we wsi grasuje złodziej i donosiciel o niebywale wyostrzonych zmysłach, dzięki którym uniknął niejednej zastawionej nań pułapki, skoro nawet stali mieszkańcy wsi o tym nie wiedzieli.

* * * *

Proboszcz Kurzawa powracał do plebani wzburzony wielce. Mszę odprawił tak szybko, że parafianie przyzwyczajeni do jego niespiesznej celebry wychodzili z kościoła zdziwieni i jakby nie usatysfakcjonowani.
Zapadał piękny wieczór. Przyroda nic sobie nie robiła z faktu, że ogromna część ludzkości, stanowiącej przecież jej znaczący element, zapadała znowu na jedną z najfatalniejszych chorób, której na imię wojna. Księżyc, jak zawsze wspaniały, wyłonił się zza wzgórz, a jego zamglony blask dodawał niesamowitego czaru tym jarom, parowom i wądołom, do których nie docierał, bo stawały się daleko więcej tajemnicze. W gęstym, październikowym powietrzu rozchodziło się cykanie jesiennych świerszczy tak głośne, że aż bolały uszy.
Ksiądz Mateusz kochał tę piękną ziemię i ludzi, których żywiła. Najbardziej jednak kochał Kogoś ukrytego w wieloznacznych wersetach Pisma. Mimo zbliżającego się szóstego krzyżyka w dalszym ciągu szukał nocami Jego obecności w księgach, a dniami w ludzkich sercach.
Wszedł do plebani. Katarzyna,jego gosposia, rozpalała ogień w piecu chlebowym. Była już w podeszłym wieku i przygotowanie ciasta na chleb sprawiało jej trudności. Nie godziła się jednak na zatrudnienie pomocnicy.
Szeroka sień migotała pomarańczowymi refleksami ognia trawiącego szczapy wyschniętego drewna. Od błogiego zapachu ciasta rosnącego w dzieży Mateuszowi zawróciło się w głowie. Wszedł prosto do swojego gabinetu. Na stole jasno płonęła lampa naftowa z wyczyszczonym szkiełkiem. Woń dopiero co zaparzonej w czajniczku herbaty i otwarta na obrusie księga zapraszały do miłego relaksu w głębokim krześle z oparciami.
Jednak kapłan nie usiadł. Gdy dzisiaj Kimko wyznał mu swój zdradziecki czyn, zrozumiał, że właśnie demon ciemności przypomniał sobie również o nim. Dlatego co prędzej wyjął pieniądze z kasetki i dla dodania sobie odwagi spojrzał na krucyfiks wiszący na ścianie. „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce”. Niczym wielka pochodnia zajaśniał w jego świadomości cytat z Pisma.
Wczoraj przeszedł rzęsisty deszcz. Wiejska droga w tych miejscach, gdzie nie była utwardzana zamieniła się w wąski pas rzadkiego błota. Ksiądz już dłuższy czas wyciągał z cmokającej mazi przemoknięte buty. Na polu przylegającym do drogi dwóch chłopców paliło ognisko. Opodal pasł się spętany koń.
- Czyi jesteście chłopcy? – zapytał proboszcz.
- Segeliana.
- A ojciec wasz jest w domu?
- Tak, ojciec są w domu – odpowiedział starszy chłopiec – Niedawno przyjechali z bronowania.

* * *

Nazajutrz rano ktoś gwałtownie załomotał do drzwi plebani.
- Co się dzieje, Andrzeju? – zapytał proboszcz, rozpoznając organistę.
- Okropne rzeczy proszę księdza! Hitlerowcy zamordowali Antoniego Segeliana. Podobno za ukrywanie Żydów. Spalili jego dom i dom Romana ze złości, że nikogo więcej tam nie znaleźli.
- Nie płacz, Andrzeju – proboszcz położył rękę na ramieniu roztrzęsionego organisty. – Bóg duszę dał, Bóg duszę zabrał, niech Imię Pańskie będzie błogosławione. Nic na to nie możemy poradzić. Idź teraz do domu i zajmij się swoją rodziną.
Kiedy organista odszedł, ksiądz Mateusz wsparł się na klęczniku i długo modlił się za duszę Antoniego Segeliana, który najwidoczniej dlatego pozostał w domu, żeby oprawcy zadowolili się jego śmiercią i nie szukali już jego żony ani dzieci.
- Czego to jegomość nie je śniadania? – do gabinetu weszła Katarzyna. – Pewnie wszystko wyziębło, trzeba jeszcze raz podgrzać.
- Nic, nic, Katarzyno, zaraz zjem. Bóg ci zapłać za twoją wierną troskę o mnie.
- Co też ksiądz? Wyjeżdża ksiądz gdzie, czy może chory jaki?
- Chory nie jestem... Ale wiesz Kasiu, dzisiaj mam do ciebie pewną prośbę.
- Jakąż to? – zapytała kobiecina niezmiernie zdziwiona, że ksiądz użył jej zdrobniałego imienia.
- Mam ważną sprawę do dziekana z Pyrzatyc. Sam nie mogę iść, ani też nie mam kogo posłać. Może ty byś list zaniosła?
- To będzie więcej jak trzy godziny drogi w obie strony. Kto księdzu obiad ugotuje?
- Posilę się czymś na zimno. Za to kolację przygotujesz najlepszą.
- No dobrze, niech ksiądz już ten list napisze.
Nie minęła godzina, odkąd Katarzyna pomaszerowała z listem, gdy na podwórzec plebani ogłuszająco warkocząc zajechały dwa motocykle. Proboszcz zastygł na chwilę przy oknie z wyciągniętą ręką, uchylającą firankę. Zaraz jednak przerażenie odpłynęło z jego serca gorącą falą, a pozostało tylko rozczarowanie. Aż do tej chwili miał nadzieję, że nie przyjdą po niego.
- Niech się dzieje Twoja wola Panie – powiedział i przeżegnał się.
Hitlerowcy wbiegli do domu. Już słychać uderzenie butów o podłogę w sieni. Już otwierają się drzwi i wpadają przez nie dwaj gestapowcy i jeden cywil. Broń trzymają gotową do strzału. Widząc tylko księdza, cywil chowa rewolwer do kieszeni, a gestapowcy opuszczają karabiny.
- Proboszcz Mateusz Kurzawa, czy to pan? – zapytał cywil łamaną polszczyzną
- Tak.
- Ma pan pięć minut na zabranie podręcznych rzeczy.
- Ależ ja się nigdzie nie wybieram. Przecież nic złego nie uczyniłem.
- My wiemy to lepiej, zresztą my wiemy wszystko – uśmiechnął się szyderczo cywil – Wytłumaczy się pan w Oświęcimiu.
- Dlaczego...?
- Za przekroczenie rozporządzenie SS-Obergruppenführera Krygera dotyczącego ukrywania i wspomagania Żydów. Proszę nie stawiać oporu. Inaczej i ten dom puścimy z dymem.
Ksiądz Mateusz nałożył na sutannę kurtkę z ciemnego materiału, a do kieszeni włożył brewiarz i różaniec. Trzymając w ręku czapkę po raz ostatni spojrzał na sprzęty pokoju, w którym upłynęło jego dojrzałe życie.

Erle Stanley Gardner

Niestety, zazwyczaj nic nie jest tak łatwe, jak się może wydawać.